wtorek, 13 stycznia 2015

Słowa, słówka...

Język nasz ojczysty obfituje w przeróżne niespodzianki... Zwłaszcza jak się dobiorą do niego dzieci i co poniektórzy dorośli...

Najmłodszy - z racji niedomagań na zdrowiu - był dwa dni u Babci. Drugiego dnia po południu pojechałam po niego. Babcia - jak to zwykle babcie czynią - natychmiast przygotowała herbatkę i ciasto. Dawid krzątał się koło zabawek. A Babcia - jak to babcia - niestrudzenie dopytywała, czego się napije. Wreszcie padło: "Plosę mleko". Babcia podreptała do kuchni. Przyniosła w dawidowym kubeczku z Kubusiem Puchatkiem. "Nieee, ja nie chcę tego" - i tu wymowny paluch w stronę spec-kubeczka - "A w czym chcesz mleko? W kieliszku?" (takie opcje też bywały zwłaszcza ze starszakami, Dawid czasem pił z babcinego kieliszka). "Nieee. Ja chcę mleko do fizialanki" "Do czego?!?" - odezwał się zgodny chórek Babci i Mamy. "Do FIZIALANKI!". Przyznam, że gdyby nie ten sam wymowny paluch w stronę mojej filiżanki to byśmy nadal pytały o co chodzi. Fizialanka...Swego czasu Filip domagał się założenia na mróz ubioru pod nazwą kombizenon...

Pojechaliśmy do szkoły po starszaki, a że za 15 minut Agata kończyła ostatnią lekcję - informatykę - postanowiliśmy na nią poczekać. Czekanie przedłużyło się do trzech kwadransów...Dawid liczył kafle na podłodze w pozycji horyzontalnej i studiował otoczenie głową na dół korzystając ze mnie jako wieszaka. Filip leżał na stoliku znudzony i co chwilę wydobywał z siebie pojękujące "No kieeeedyyyy?". Wreszcie wyszła. "Pani mnie zatrzymała. Nie zrozumiałam jednej rzeczy i mi tłumaczyła". Wróciliśmy do domu. Za chwilę dołączył Tata.
- A co właściwie robiliście na tej informatyce? - zaczęliśmy pytać.
- Zakładaliśmy takie jakby szufladki, to się nazywa katalogi; 'Hobbit' potem 'Bilbo' i 'Frodo' i jeszcze 'Elf' , 'Arwena' i  'Legolas'.
- Takie miały nazwy?
- Tak. A wiecie, że jak szukaliśmy w internecie jak oni wyglądali, to ja widziałam jednego elfa który było zupełnie goły? Ale siedział sobie o tak (i tu prezentacja, że był skulony, więc nie wystawiał swoich wdzięków na widok ...hmmm...publiczny, ufff...no rożne rzeczy można znaleźć w internecie...).
 - Aaa, to pewnie był Le Golas! - zawołał Tata

No tak. Le Golas. Mało nie udusiłam się ze śmiechu. Przy kolacji jeszcze Filip odkrył, że lego powinno wyprodukować linię klocków pod nazwą "Lego Las". Po małym śledztwie okazało się, że ów goły elf to był Gollum. Faktycznie nie przyodziewa się za bardzo.

Potem powtarzaliśmy przyrodę. Sprawdzian Agata ma tuż tuż. Tajemnice budowy organizmów wielo- i jednokomórkowych nie pasjonują jej zbytnio. Próbujemy więc różnymi sposobami dotrzeć do dziesięcioletniej mózgownicy i tłumaczyć na rozmaite sposoby.
- Agatko, popatrz na tę roślinkę na parapecie - co to za organizm?
- Eeee, wielokomórkowy...?
- Tak. A dlaczego?
- Noo...booo..ma różne narządy?
- Tak. Dobrze. A z czego składają się narządy?
- Eeee...yyyy...
- A ty jesteś jakim organizmem?
- ....jedno...ko..mór...ko...?(mój wzrok chyba zabił ostatnie literki , bo "...wym" już nie dosłyszałam).
- Ej, no co ty jesteś euglena czy pantofelek?!?
W tej chwili wszedł Tata i z kamienną twarzą zapytał:
 - A pan to Felek?
Udało mi się jeszcze odpowiedzieć:
- Nie, ja to Zenek.

Po czym wszyscy turlaliśmy się ze śmiechu dobre parę minut jak - nie przymierzając - rodzinka świnki Peppy (kto nie zna niech pozna, bo warto! :)).
Zdecydowanie, od dzisiaj  Legolas jest moim ulubionym bohaterem tolkienowskiej trylogii, a pantofelek najfajniejszym pierwotniakiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz