piątek, 6 marca 2015

Kłódka

W sobotę byliśmy w odwiedzinach u mojego brata. Ich mieszkanie przeszło niedawno gruntowny (przymusowy :/) remont. Na jednej ze ścian prezentowała się klasyczna cegła klinkierowa. Gdy okazało się, że jest to klinkier elastyczny, postanowiliśmy przymierzyć się do zaaplikowania go na jedną z naszych ścian - tę, na której najbardziej widać działalność dziecięcych paluszków, buziek, nóg i innej nieokiełznanej twórczości. W drodze powrotnej pojechaliśmy więc do dużego marketu budowlanego. Całą rodziną.
Po przekroczeniu bramek, dzieciaki rozpierzchły się w alejkach i...i zaczęło się to, czego rodzice nie lubią najbardziej i z tego powodu, jeśli zdarzy się im okazja wyrwać się do sklepu, to wolą po stokroć iść tam sami...
- Maaaamoo! Zobacz jaki śliczny dywanik! Ja taki potrzebuję! Pod łóżko!
- To może przeprosisz się z tym co miałaś pod łóżkiem i leży teraz przy wejściu na balkon?
- ?!? (torpedujący matkę wzrok mówi wszystko)
- O, jaka śliczna kaczuszka! Do łazienki na mydło! Ja taką potrzebuję! O i ten kubek i ten...yyy...a co to? To też potrzebuję!
- Idziemy dalej!
- Ale ładne lampki! Ja taką chcę do pokoju!
- A ja taką!
- Ja tez, ja tez chce lampke! (Dawid dołączył się do chórku)
- A gdzie je postawicie? (W naszym mieszkaniu przypada 9m kwadratowych na głowę, z czego jakieś 5-6 jest zajętych przez sprzęty domowe, więc...).
- Nie wiem! Ale jest śliczna!
I tak dalej... W każdej alejce coś się znalazło. Coś superpotrzebnego i najładniejszego na świecie. Jeszcze nie dotarliśmy do klinkierów i okładzin ściennych, a dzieci już wiedziały czego im najbardziej w tej chwili potrzeba...
Nagle z alejki wypadł Filip. Rozgorączkowany, oczy jak pięć złotych, mówi coś nieskładnie, próbuje powiedzieć, że, to co trzyma w ręku to...
- Taaatooo! Zobacz jaka kłódka! Tato! Na szyfr! Widzisz? Widzisz?
Patrzy w nią jak w ósmy cud świata.
- Ja bardzo bardzo bardzo taką bym chciał!!!
I nieomal gotów jest ją wycałować.
- Ale synku do czego jest ci potrzebna taka kłódka?
- Do zamykania pudełka!
- Nie da się zamknąć zwykłego kartonowego pudełka na taką kłódkę.
- Ja tak zrobię, że się da! Tato, a ona kosztuje tylko 11 złotych!
No proszę, nawet na to zwrócił uwagę. Na półce były też kłódki na szyfr za 111 i za 311... A on zna rodziców na tyle dobrze, że...no proszę...Natomiast nadal nie wdzieliśmy potrzeby kupowania takiej kłódki.
- Proszę proszę proszę! - nie dawał za wygraną.
Nie ugięliśmy się i z marketu wyszliśmy bez kłódki. I bez klinkieru, Bo ostatecznie elastycznego w tym sklepie nie było. Kupiliśmy za to nasionka rzeżuchy. Filip był dzielny, nie robił awantur. Natomiast pragnienie posiadania kłódki zamykanej na szyfr okazało się być wyjątkowo wielkie. Następnego dnia przy śniadaniu otrzymaliśmy list, w którym Filip własnoręcznie napisał "Proszę" i dorysował o jaką kłódkę chodzi. Kłódka pojawiała się w każdej nieomal rozmowie. Wieczorem:
- Filip idź się już myć!
- A kupicie mi kłódkę?
- Synku, myjesz się by być czystym, a nie by dostać kłódkę!
- A kupicie mi ją?
Po powrocie ze szkoły:
- Maamoo, wiesz a Marcel to ma pudełko na kłódkę. Ale nie na szyfr. Kupicie mi tę na szyfr za 11 złotych?
W następną sobotę gdy mieliśmy iść do w odwiedziny do Dziadków:
- Filip ubieraj się, idziesz z nami!
- A kupicie mi tę kłódkę jak pójdę?
- Oj synku, to już jest przekupstwo!
- No ale ja tak bardzo chcę ją mieć...
W kuchni mamy wnękę spiżarniano-gospodarczą. Na jej najwyższej półce leży walizka ze sztućcami, zamykana na zatrzaski z szyfrem. Filip ją zauważył.
- Agata, zobacz! Tam jest walizka zamykana na szyfr! Ciekawe co jest w środku!
- Nie wiem. Mamo co tam jest?
- Sztućce.
- A...a...a zamykacie ją na szyfr?
- Nie.
- Jak to?!?
Jego rozczarowanie było niezmierzone! Mina mówiła sama za siebie: "Rodzice to frajerzy! Mają walizkę na szyfr i nie używają go! Jak tak można!"
Codziennie wytrwale prosił o kłódkę. Na odpowiedź, że nie mamy w domu żadnego pudełka, żeby je na tę kłódkę zamykać, w końcu odparł, że trzeba je kupić. Po prostu.
W niedzielę wieczorem Filip zniknął w pokoju. Tworzył coś cierpliwie przy biurku. Widziałam tylko, że rysuje i co jakiś czas dopytuje Agaty jak co się pisze. Gdy skończył, wręczył Tacie złożoną na cztery kartkę. Po rozwinięciu ukazała się treść (pisownia oryginalna):
"Rodzice! Stokrotnie chciauby - m ("m" zostało przeniesione na drugą stronę, nie zmieściło się) dostać tę kłutkę na szyfr. By mi się pszydała"  I na środku kartki, na całą jej wysokość narysowana kłódka z szyfrem i cyferkami od 0 do 9.
No teraz to już nie ma wyjścia i  wygląda na to, że trzeba mu ja kupić...Wykazał na wszelkie możliwe sposoby, że kłódka nieprędko mu się znudzi. 
Tylko musimy znaleźć chwilkę, by wybrać się do sklepu. Może przy okazji znajdzie się klinkier?

środa, 4 lutego 2015

Karnawału czar - odsłona druga

W poniedziałek w filipowym dzienniczku pojawił się wpis z informacją, iż w najbliższy czwartek odbędzie się bal karnawałowy. Skoro tak, to należy poszukać odpowiedniego stroju. Po przejrzeniu zasobów zaległych w szafie rychło okazało się, że nie mamy tego, czego balowicz potrzebuje; Indianin i pirat odpadają (czasy Winnetou już dawno minęły...), a Superman jest za mały. Siedliśmy więc do komputera, aby przejrzeć zasoby lokalnych wypożyczalni strojów karnawałowych. Wybór padł na Lorda Vadera. Następnego dnia zarezerwowałam strój, a dzięki koleżance z pracy  - mamie dwóch chłopców w wieku wczesnoszkolnym - pożyczyłam odpowiedni (czerwony!) miecz świetlny. Po południu pojechaliśmy z chłopcami  do wypożyczalni. Lord Vader okazał się być bardzo profesjonalny - z peleryną, wszystkimi kolorowymi gadżetami z uniformu i ten hełm! Pani wspomniała, że kupiła go w Wielkiej Brytanii w samym sklepie Disney'a. No szał po prostu. Przyjechaliśmy do domu. Filip oczywiście natychmiast przymierzył strój, wziął do ręki miecz i szpanował. A Dawid..a Dawid też chciał być "Loldem Vadelem". W kilka chwil poradził sobie z tym bez problemu. Wziął kocyk - pierwszy który miał pod ręką (czerwony z bałwankiem), zarzucił go na plecy jak pelerynę i spiął ją znalezioną najbliżej klamerką (niebieska, z tulipanem). Do tego kask Boba Budowniczego na głowę (pomarańczowy). Jeszcze brakowało maski, ale okularki - takie do pływania na basenie -  załatwiły sprawę. Aaa, no i miecz. Po rozejrzeniu się w najbliższej okolicy wziął jeden z mazaków, których całe pudełko stało nieopodal. No i Lord Vader jak malowany! Teraz było ich dwóch. Walczyli na miecze cały wieczór.
Następnego dnia odbył się bal w szkole, Filip miał konkurencję  - było trzech innych Lordów Vaderów. Ale mu to wcale nie przeszkadzało w świetnej zabawie. Po południu oddaliśmy strój do wypożyczalni.
Natomiast  Dawid w swój strój przebierał się przy każdej okazji. W niedzielę była piękna pogoda - słońce i trochę śniegu, który spadł pod osłoną nocy. Chcieliśmy wybrać się na spacer. Dawid oświadczył, że nigdzie nie idzie, bo ma zamiar przebrać się - wiadomo za kogo (i wiadomo jak) - i powalczyć z Frankiem na miecze. Przekonałam go, mówiąc, ze równie dobrze mogą na dworze powalczyć na dwa kije - które świetnie przecież nadają się na miecze świetlne. Przyjął. Ubrał grube spodnie na śnieg, kozaki, kurtkę, szalik, czapkę, rękawice - jak się należy - a na kurtkę oczywiście swoją pelerynę z czerwonego kocyka z bałwankiem zapinaną na niebieska klamerkę. Na tle białego śniegu skąpanego w słońcu wyglądał cudnie. Jak prawdziwy wojownik kosmosu. I jak na prawdziwego wojownika przystało, dzielnie pomagał w lepieniu bałwana.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Jak to z drzewem genealogicznym było...

Poniedziałek wieczór. Pora przedkolacyjna. Po kolacji dzieciaki mają za zadanie umyć się czym prędzej i gnać do łóżek, bo inaczej rano będzie bardzo, ale to bardzo ciężko im wstać. Pakują więc plecaki do szkoły na wtorek. Nagle Agata wychodzi z pokoju z komunikatem:
- Mamo, a na jutro mam zrobić drzewo genealogiczne!
- ?!?
- No z historii.
- O ile się orientuję to historię masz raz w tygodniu, we wtorki. Wiesz więc o tym zadaniu co najmniej od tygodnia?
- Noo taak...Ale ja zrobię, w książce jest pokazane jak to ma wyglądać.
Akurat Agata ma wszystkie dane przodków do XVII wieku pod ręką, bo Tata w wolnych chwilach drąży historię rodziny i ma o niej sporo wiadomości. Zdjęć też nie brakuje. Nic tylko wziąć i korzystać. Ale najstarsza ryba - jak to ma w zwyczaju - nie uznaje czegoś takiego jak planowanie czy pisanie na brudno. Od razu próbuje na czysto, co chwilę poprawiając, zmazując, przekreślając, zaklejając, kombinując...i wściekając się przy tym do niemożliwości.
Maszeruje więc po czystą kartkę do naszej szafy.
- Halo, to ostatnie sztuki. Proszę nie wyciągaj ich, tylko na brudno najpierw zaplanujemy to drzewo. Tata już drukuje małe zdjęcia i spisuje dane do pradziadków.
- Nie, ja zrobię sama, tak jak ja chcę.
- Proszę bardzo, byleby to było zrobione dobrze. Zaplanowane na kartce, rzetelnie opisane, bez plam i bazgrołków.
Gdyby wzrok mógł zabijać to ta niewdzięczna, paskudna matka natychmiast padłaby trupem. Tupot nóg maszerujących do pokoju tylko potwierdził, co Agata o rodzicielce myśli. Rodzicielka pomaszerowała za nią. Zagląda przez ramię...
- Agatko zobacz: wystarczy rozrysować ołówkiem wszystkie osoby i zaplanować, gdzie mają się pomieścić ich imiona nazwiska i daty urodzin, a dla niektórych osób też daty śmierci. O, a tu będzie miejsce na zdjęcia Twoje, nasze i Dziadków. Chłopców też zmieścimy.
- Filipa w moim drzewie nie będzie!
- Ale to twój brat.
- Nie będzie! To MOJE drzewo! (pioruny z oczu strzelają na wszystkie strony)
- No choćbyś pękła to właśnie Filip jest twoim bratem i nic tego nie zmieni. A w drzewie genealogicznym pokazuje się całą rodzinę, a nie tylko te osoby, które się lubi.
W odpowiedzi kartka została zgnieciona i z impetem pofrunęła w stronę drzwi. Potem Agata zamaszyście otworzyła mi książkę do historii z rysunkiem drzewa.
-Widzisz? Nie ma tu żadnych braci! Ani pradziadków! Ani żadnych dat nie ma! Będzie tak jak JA chcę!
I - dla potwierdzenia -  kolejna kartka została zgnieciona po czym pofrunęła w siną dal.
- Tu jest przykład drzewa genealogicznego, a nie wzorzec który trzeba skopiować. Bez daty urodzin i śmierci nie wiadomo dokładnie, co to za osoba. Poza tym rysujesz na cienkiej kartce. Skoro mają tu być jeszcze przyklejone zdjęcia, to trzeba wziąć coś grubszego. O zobacz tu masz kolorowy brystol. Wybierz kolor który ci odpowiada i zaplanujemy na nim.
W międzyczasie Tata przyniósł dane przodków i zdjęcia. 
- O proszę, zaraz powycinamy i porozkładamy tak, żeby wszystko się zmieściło.
Wrr, wrr, szur, szur, pioruny z oczu, kolejna porcja zgniecionych kartek, rysowanie po swojemu na swojej kartce...i tak przez kolejne pół godziny, aż wreszcie z piranii zrobił się dorsz (podobno też drapieżna ryba, ale już nie tak bardzo i w dodatku z naszego morza). Wciąż lekko kąsający, uznał chyba, że czasem warto podpatrzeć co inni proponują, i zaczął z podpowiedzi korzystać. Akurat tego wieczoru musiałam wyjść na umówione spotkanie. Zostawiłam Tatę z dwójką chłopców, warcząco-gryzącą Agatą i na wpół gotowym drzewem genealogicznym i wyszłam. Po moim powrocie wszystkie rybki już spały. Drzewo, jeszcze wilgotne od kleju, leżało na biurku.
- Jak tam, widzę, że udało się skończyć?
- Tak. Dość późno, ale się udało. Rano Agata dorysuje jeszcze liście i gałęzie.
- O fajnie, będzie urozmaicone.
We wtorki Agata ma na 9, wychodzi więc z domu sama. Pozostali członkowie rodziny już dawno w pracy, szkole, przedszkolu...Wracam po południu z chłopakami. Za niedługi czas przychodzi też i Agata.
- Cześć! Jak tam drzewo?
- Cześć. No dostałam jedynkę.
- ?!?!?!?
- Bo zapomniałam zabrać.
Opadłam na krzesło nie mając siły wydusić z siebie żadnego komentarza. W mojej pamięci przewinął się film z wczorajszego wieczoru i pomyślałam...jeszcze tylko...że się...poddaję.

Tydzień później jedynka zamieniła się w szóstkę. 
- A wiecie - mówi przy kolacji wyraźnie zadowolona Agata  - że tylko ja z całej klasy miałam w drzewie pradziadków i dokładne daty urodzin i śmierci?

środa, 21 stycznia 2015

Karnawału czar...

Dawid wrócił do przedszkola po  - w sumie - miesięcznej, świąteczno-chorobowej przerwie. Przychodzę po niego w poniedziałek po południu (rano przyprowadza go Tata), patrzę...a tam w holu wieszak pełen strojów karnawałowych i miła pani przy stoliczku." O kurczę! - myślę - jutro mają bal!". Jedna z wypożyczalni strojów ma - skądinąd doskonały - zwyczaj przyjeżdżać do przedszkoli dzień przed balem. Rodzice wypożyczają to, co pociecha wybiera, a firma odbiera strój nazajutrz zaraz po balu. I wszyscy są zadowoleni :).
No więc, o kurczę, jutro mają bal! - Dawid bez namysłu wybrał strój strażaka. Jest fanem straży pożarnej. Strażakami bywały miśki, ludziki lego i starszy brat, a nawet siostra niekiedy dała się namówić na zabawę w "pozal". Natychmiast chciał się przebrać i oczywiście wracać tak do domu. Udało mi się go po krótkich negocjacjach przekonać, że to nie jest najlepszy pomysł... Ale hełm strażacki na czapkę wcisnęliśmy i w hełmie na głowie, ze strojem pod pachą, podreptaliśmy do szkoły po Filipa. O tej porze w szkole jest największy tłok i ścisk - dzieci kończą lekcje, a rodzice, hurtowo nieomal, przyjeżdżają po nie z pracy. Kierunki komunikacji krzyżują się niemiłosiernie w holu, bo jedna trzecia uczniowskiej braci idzie do szatni, druga trzecia wychodzi ze szkoły, a ostatnia wędruje do świetlicy. Do tego tłumek rodziców między nimi albo w ruchu albo statycznie czekających. I Dawid przemaszerował przed całym tym audytorium w swoim hełmie, dumny jak nie wiem co! 
Po przyjściu do domu rozebrał się natychmiast, powiesił swoje rzeczy na wieszaku (zwykle długo i cierpliwie trzeba mu o tym przypominać) i ubrał swój strój. Ach co za szczęście malowało się na trzyletniej buzi! Zasiadł na podłodze wśród ludzików aut i klocków strażackich i dalejże się bawić. W pozal oczywiście. Spędził tak caluteńki wieczór. Nawet nie usiadł z nami do kolacji, bo uprzedziłam go, że aby zjeść musi zdjąć strój, by go nie pobrudzić. Wybrał strój. Głód go nie zmorzył. No twardziel po prostu. Prawdziwy strażak.
Wieczorem strój obowiązkowo musiał znaleźć się przy dawidowym łóżku. I spali razem. A rano obudziłam go "na strażaka" - "Dawid wstajemy, dziś twój bal! Przebierasz się za strażaka!". Natychmiast wstał i był gotów do akcji. Bal był zaplanowany na przedpołudnie, więc o jego szczegółach mogłam dowiedzieć się dopiero po południu. 
- No i jak tam było? - pytam - fajnie? Przeciągłe "Mhmm" i rozmarzony wzrok mówiły wszystko.
- A był jeszcze jakiś strażak prócz ciebie?
- Nie, tylko Dawid. 
- A inni chłopcy za co byli przebrani?
- Był pilat /znaczy pirat/, lycez /rycerz/, cłowiek bohatel /superman/ i cłowiek nietopez /batman/.
- A dziewczynki za co się przebrały?
- Mmmm - chwila zastanowienia - za wlózdzkę.
Tu mamine trybiki w głowie zaczęły intensywniej pracować, by zrozumieć o co synkowi chodzi... A! już wiem! Za wróżdżkę! Czyli wróżkę z czarodziejską różdżką. Po prostu.
- Mamoo, a ja chcę być lycezem.
- Dobrze kochanie, za rok będziesz mógł się przebrać za rycerza.
- Nie, telaz chcę być lycezem.
- No niestety, następny bal w strojach będzie za rok.
Przyjął tę wiadomość bez żadnego grymasu niezadowolenia na buzi. Prawdziwy, dzielny strażak. A może rycerz?

wtorek, 13 stycznia 2015

Słowa, słówka...

Język nasz ojczysty obfituje w przeróżne niespodzianki... Zwłaszcza jak się dobiorą do niego dzieci i co poniektórzy dorośli...

Najmłodszy - z racji niedomagań na zdrowiu - był dwa dni u Babci. Drugiego dnia po południu pojechałam po niego. Babcia - jak to zwykle babcie czynią - natychmiast przygotowała herbatkę i ciasto. Dawid krzątał się koło zabawek. A Babcia - jak to babcia - niestrudzenie dopytywała, czego się napije. Wreszcie padło: "Plosę mleko". Babcia podreptała do kuchni. Przyniosła w dawidowym kubeczku z Kubusiem Puchatkiem. "Nieee, ja nie chcę tego" - i tu wymowny paluch w stronę spec-kubeczka - "A w czym chcesz mleko? W kieliszku?" (takie opcje też bywały zwłaszcza ze starszakami, Dawid czasem pił z babcinego kieliszka). "Nieee. Ja chcę mleko do fizialanki" "Do czego?!?" - odezwał się zgodny chórek Babci i Mamy. "Do FIZIALANKI!". Przyznam, że gdyby nie ten sam wymowny paluch w stronę mojej filiżanki to byśmy nadal pytały o co chodzi. Fizialanka...Swego czasu Filip domagał się założenia na mróz ubioru pod nazwą kombizenon...

Pojechaliśmy do szkoły po starszaki, a że za 15 minut Agata kończyła ostatnią lekcję - informatykę - postanowiliśmy na nią poczekać. Czekanie przedłużyło się do trzech kwadransów...Dawid liczył kafle na podłodze w pozycji horyzontalnej i studiował otoczenie głową na dół korzystając ze mnie jako wieszaka. Filip leżał na stoliku znudzony i co chwilę wydobywał z siebie pojękujące "No kieeeedyyyy?". Wreszcie wyszła. "Pani mnie zatrzymała. Nie zrozumiałam jednej rzeczy i mi tłumaczyła". Wróciliśmy do domu. Za chwilę dołączył Tata.
- A co właściwie robiliście na tej informatyce? - zaczęliśmy pytać.
- Zakładaliśmy takie jakby szufladki, to się nazywa katalogi; 'Hobbit' potem 'Bilbo' i 'Frodo' i jeszcze 'Elf' , 'Arwena' i  'Legolas'.
- Takie miały nazwy?
- Tak. A wiecie, że jak szukaliśmy w internecie jak oni wyglądali, to ja widziałam jednego elfa który było zupełnie goły? Ale siedział sobie o tak (i tu prezentacja, że był skulony, więc nie wystawiał swoich wdzięków na widok ...hmmm...publiczny, ufff...no rożne rzeczy można znaleźć w internecie...).
 - Aaa, to pewnie był Le Golas! - zawołał Tata

No tak. Le Golas. Mało nie udusiłam się ze śmiechu. Przy kolacji jeszcze Filip odkrył, że lego powinno wyprodukować linię klocków pod nazwą "Lego Las". Po małym śledztwie okazało się, że ów goły elf to był Gollum. Faktycznie nie przyodziewa się za bardzo.

Potem powtarzaliśmy przyrodę. Sprawdzian Agata ma tuż tuż. Tajemnice budowy organizmów wielo- i jednokomórkowych nie pasjonują jej zbytnio. Próbujemy więc różnymi sposobami dotrzeć do dziesięcioletniej mózgownicy i tłumaczyć na rozmaite sposoby.
- Agatko, popatrz na tę roślinkę na parapecie - co to za organizm?
- Eeee, wielokomórkowy...?
- Tak. A dlaczego?
- Noo...booo..ma różne narządy?
- Tak. Dobrze. A z czego składają się narządy?
- Eeee...yyyy...
- A ty jesteś jakim organizmem?
- ....jedno...ko..mór...ko...?(mój wzrok chyba zabił ostatnie literki , bo "...wym" już nie dosłyszałam).
- Ej, no co ty jesteś euglena czy pantofelek?!?
W tej chwili wszedł Tata i z kamienną twarzą zapytał:
 - A pan to Felek?
Udało mi się jeszcze odpowiedzieć:
- Nie, ja to Zenek.

Po czym wszyscy turlaliśmy się ze śmiechu dobre parę minut jak - nie przymierzając - rodzinka świnki Peppy (kto nie zna niech pozna, bo warto! :)).
Zdecydowanie, od dzisiaj  Legolas jest moim ulubionym bohaterem tolkienowskiej trylogii, a pantofelek najfajniejszym pierwotniakiem.

piątek, 9 stycznia 2015

Będziesz mógł nawet...

Agata i Filip są na stopie wojennej. Jest to wojenka jednostronna - Filip do szału doprowadza Agatę swoim zachowaniem - nie tak siada, słychać jak przełyka, coś pokazuje akurat TYM palcem który jej nie pasuje, idzie do łazienki wtedy kiedy ona ma zamiar (skandal!), trzęsie łóżkiem (mają piętrowe), drapie paznokciem o deskę, wstaje z kanapy za głośno, nie tak ma ułożoną pupę gdy siedzi, pokasłuje, oddycha, patrzy...Agata w tych chwilach staje się podobna trochę do piranii, co to gwałtownie skacze na ofiarę i najchętniej obgryzłaby ją w sekundę do kosteczki. Brat jest dwa lata młodszy i - rzecz jasna - nie zachowuje się nadmiernie głośno czy denerwująco - ot po prostu taka to miłość między rodzeństwem. Najbardziej zaś Agatę denerwuje CZŁAPCIANIE. W kółko więc słychać w domu donośne "Nie człapciaj!!!". Co to w ogóle jest człapcianie? Ano z naszych obserwacji wynika, że jest to chodzenie przez Filipa, najczęściej bez skarpetek (choć niekoniecznie), w czasie gdy Agatę to maksymalnie wkurza. Wtedy właśnie słychać jak jego stopy dotykają podłogi. I to jest to czego Filipowi w obecności siostry absolutnie robić nie wolno, bo inaczej grozi kalectwem lub śmiercią...Czasem wprawdzie pada między nimi hasło "Żyjemy w zgodzie? - Ok!". Ale zwykle sielanka nie trwa dłużej niż kilkanaście minut.

Na poniedziałek zaprosiliśmy gości - moją koleżankę z córką ciut starszą od naszej. W niedzielę wieczorem, gdy starsze rybki leżały już w swoim piętrowym łóżku, omawiały sprawy na następny dzień:

- (Agata) Filip a co będziemy jutro robić jak Weronika przyjdzie?
- (Filip) No nieee wiem, w coś się pobawimy.
-  Wiesz co, będziesz mógł siedzieć jak chcesz, bo mnie już to nie wkurza.
- (oczy jak pięciozłotówki) A...a...a będę mógł pokazywac TYM palcem?
- Tak. Możemy sprawdzić. Pokaż coś.
- A mogę podrapać?
- Tak.
(szur szur szur)
 - (A) No widzisz, nie wkurzam się.
(Filip wychyla sie ze swojego pięterka i pokazuje TYM palcem)
- (F) Zobaaaacz!
- (A) No widzę.
- I co?
- I nic. (Chwila ciszy) Wiesz co? Jutro to będziesz mógł nawet poczłapciać.

Po czym nastąpiła próba - czy aby na pewno Agata wie co mówi - i zasnęli. A w poniedziałek w istocie było tak, jak się umówili. I błogostan ten trwał aż do końca wtorku! Zaś od środy rana wszystko wróciło do normy...

niedziela, 4 stycznia 2015

Ciekawość świata...

No i zaczęło się...ukochane pytanie okołotrzylatków "A cemuuu?". Dawid zaczął, bo pozostali mają już to za sobą, ufff...No więc mała próbka dla niezorientowanych: 
- Ubieramy się!
- A cemuuu?
- Bo idziemy na spacer. Wkładaj buty.
- A cemuuu?
- Bo po ulicy chodzimy w butach.
- A cemuuu?
- Żeby nogi nie zmarzły.
- A cemuuu?
(podejmuję uproszczoną wersję odpowiedzi, w nadziei, że TO zaspokoi nienasyconą ciekawość Dawida)
- No po prostu  tak już jest, że trzeba chodzić w butach.
- A cemuuu?
(Ehhh, nic z tego...)
- halo! ubieramy się! Słonko niedługo zajdzie!
- A cemuuu?

I tak w kółko i cały dzień cały tydzień cały rok...mniej więcej.

Dawid ma zabawkę po starszym bracie - Filip już się nią nie bawi, najmłodszy jak najbardziej. Jest to Buzz Astral, jeden z bohaterów z filmu Toy Story (niech wybaczą ci, co nie oglądali - musicie nadrobić ten brak). Buzz jest dość spory i ciężki. Ma kilka funkcji i gada po wciśnięciu odpowiednich guziczków. Więc stałym tłem u nas w domu jest jego gadka i odgłosy. "Uiii...iiiu, tiii tiii, 'Serwo antygrawitacyjne włączone' (co to jest u licha serwo?), 'Jestem Buzz Astral, przybywam w pokoju', tiii tiii, 'Wszystkie systemy świetlne aktywowane', uiii...iuuu, 'Serwo antygrawitacyjne włączone' itd itp itd itp...
Któregoś popołudnia Dawid bawił się Buzzem. Tiii tiii, "Jestem Buzz Astral, przybywam w pokoju"
- A CEMUUU?