środa, 4 lutego 2015

Karnawału czar - odsłona druga

W poniedziałek w filipowym dzienniczku pojawił się wpis z informacją, iż w najbliższy czwartek odbędzie się bal karnawałowy. Skoro tak, to należy poszukać odpowiedniego stroju. Po przejrzeniu zasobów zaległych w szafie rychło okazało się, że nie mamy tego, czego balowicz potrzebuje; Indianin i pirat odpadają (czasy Winnetou już dawno minęły...), a Superman jest za mały. Siedliśmy więc do komputera, aby przejrzeć zasoby lokalnych wypożyczalni strojów karnawałowych. Wybór padł na Lorda Vadera. Następnego dnia zarezerwowałam strój, a dzięki koleżance z pracy  - mamie dwóch chłopców w wieku wczesnoszkolnym - pożyczyłam odpowiedni (czerwony!) miecz świetlny. Po południu pojechaliśmy z chłopcami  do wypożyczalni. Lord Vader okazał się być bardzo profesjonalny - z peleryną, wszystkimi kolorowymi gadżetami z uniformu i ten hełm! Pani wspomniała, że kupiła go w Wielkiej Brytanii w samym sklepie Disney'a. No szał po prostu. Przyjechaliśmy do domu. Filip oczywiście natychmiast przymierzył strój, wziął do ręki miecz i szpanował. A Dawid..a Dawid też chciał być "Loldem Vadelem". W kilka chwil poradził sobie z tym bez problemu. Wziął kocyk - pierwszy który miał pod ręką (czerwony z bałwankiem), zarzucił go na plecy jak pelerynę i spiął ją znalezioną najbliżej klamerką (niebieska, z tulipanem). Do tego kask Boba Budowniczego na głowę (pomarańczowy). Jeszcze brakowało maski, ale okularki - takie do pływania na basenie -  załatwiły sprawę. Aaa, no i miecz. Po rozejrzeniu się w najbliższej okolicy wziął jeden z mazaków, których całe pudełko stało nieopodal. No i Lord Vader jak malowany! Teraz było ich dwóch. Walczyli na miecze cały wieczór.
Następnego dnia odbył się bal w szkole, Filip miał konkurencję  - było trzech innych Lordów Vaderów. Ale mu to wcale nie przeszkadzało w świetnej zabawie. Po południu oddaliśmy strój do wypożyczalni.
Natomiast  Dawid w swój strój przebierał się przy każdej okazji. W niedzielę była piękna pogoda - słońce i trochę śniegu, który spadł pod osłoną nocy. Chcieliśmy wybrać się na spacer. Dawid oświadczył, że nigdzie nie idzie, bo ma zamiar przebrać się - wiadomo za kogo (i wiadomo jak) - i powalczyć z Frankiem na miecze. Przekonałam go, mówiąc, ze równie dobrze mogą na dworze powalczyć na dwa kije - które świetnie przecież nadają się na miecze świetlne. Przyjął. Ubrał grube spodnie na śnieg, kozaki, kurtkę, szalik, czapkę, rękawice - jak się należy - a na kurtkę oczywiście swoją pelerynę z czerwonego kocyka z bałwankiem zapinaną na niebieska klamerkę. Na tle białego śniegu skąpanego w słońcu wyglądał cudnie. Jak prawdziwy wojownik kosmosu. I jak na prawdziwego wojownika przystało, dzielnie pomagał w lepieniu bałwana.